Żyć, nie umierać...

Kampania przeciwko
depresji u dzieci i młodzieży

Z samookaleczaniem można wygrać!


Hej!!!

Jestem Ania, mam 19 lat i rok temu zetknęłam się z problemem depresji. Opowiem Wam część mojej historii, która z depresji przeszła w okaleczanie. Pamiętajcie, że ja nie zachęcam do korzystania z żyletki, tylko ostrzegam i chcę pomóc, bo wiem jakie to wszystko jest ciężkie do pokonania, ale również możliwe! Mam nadzieję, że po przeczytaniu będziecie chcieli podjąć walkę z żyletką i zawalczyć o siebie. Pamiętajcie, że ja w Was wierzę! ;).

Wszystko zaczęło się w końcu marca ubiegłego roku, kiedy pierwszy raz zrobiłam sobie krzywdę. Było to spowodowane bardzo dużym napięciem, które we mnie narastało przez ciągłe konflikty w domu. Spróbowałam ulżyć sobie rozładowując napięcie cięciami na nogach. Nie były to moje pierwsze kreski na ciele. Wcześniej zrobiłam to w ostatniej klasie gimnazjum z powodu odrzucenia przez rówieśników ale wtedy wystraszyłam się widoku krwi. Poza tym wstydziłam się tego co zrobiłam i udało mi się przestać. W drugiej klasie liceum myśli o okaleczaniu powróciły.  I zaczęłam robić to coraz częściej. Nadeszły  w końcu wakacje przed klasą maturalną. Ja, zamiast się cieszyć, że skończyła się szkoła, siedziałam w domu zamknięta w swoim pokoju i płakałam. Obejrzałam serial ,,13 powodów” przez co miałam jeszcze większe potrzeby okaleczania. Pewnego dnia uznałam jednak, że muszę z tym skończy, bo byłam przerażona tym jak wygląda moje ciało… Jestem osoba wierzącą i pomyślałam, że może spowiedź mi pomoże, ale niestety tak się nie stało…

Pierwszą osobą, której opowiedziałam co się ze mną dzieje i otwarcie rozmawiałam o tym co sobie robię był mój przyjaciel. On też wielokrotnie próbował mi przetłumaczyć, że tak nie można, ale ja go nie słuchałam. Nie mógł nic zrobić, bo przecież to zależało wyłącznie ode mnie. Pamiętam jak powiedział mi kiedyś: Aniu, co ja mam zrobić, przecież nie przywiąże ci rąk, nie owinę bandażem, żebyś się nie cięła, bo to wszystko zależy wyłącznie od ciebie. Pomimo, że próbował, niestety nie umiał mi pomóc w walce z żyletką.

Potem moje dwie przyjaciółki zauważyły blizny. Obiecałam mi, że z tym skończę, ale znowu się nie udało. W połowie sierpnia napisałam dość emocjonalnego SMS-a do jednej z nich, ale pod wpływem zdenerwowania wysłałam go przez przypadek do zupełnie innej osoby. To właśnie ona zaoferowała mi pomoc i zasugerowała, że muszę udać się do specjalisty, bo sama sobie nie poradzę. Początkowo nie chciałam iść, ale czułam, że naprawdę coś niedobrego się ze mną dzieje. Teraz wiem, że gdyby nie przypadkowy SMS było ze mną bardzo źle.

W internecie znalazłam psychoterapeutkę panią Sylwię, która miała bardzo dobre opinie, więc postanowiłam do niej zadzwonić. Dodzwoniłam się po kilku dniach i umówiłam na wizytę. Bardzo bałam się rozmowy z psychoterapeutą, bo nie wiedziałam czy będę potrafiła jej wszystko opowiedzieć. Niepotrzebnie, bo pani Sylwia okazała się bardzo ciepłą osobą z pięknym uśmiechem. Widziałam że przejęła się mną i od września zaczęliśmy się regularnie spotykać, chociaż wciąż nie potrafiłam się przed nią otworzyć.

We wrześniu również zaczęłam się szkoła, a ja cały czas się okaleczałam. Moja mama zaczęła coś podejrzewać, kiedy powiedziałam jej, ze chodzę na spotkania z psychoterapeutka, a zyskała pewność, że się tnę, kiedy znalazła w szufladzie żyletki i pokrwawione opatrunki.

Próbowałam wytłumaczyć jej dlaczego to robię, ale ona nie potrafiła tego zrozumieć. Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że jej poukładana córeczka, która zawsze była grzeczna i podporządkowana sama robi sobie krzywdę. W domu miałam ciągłe kontrole, pytania… W październiku powiedziałam o wszystkim jednej z nauczycielek w szkole. Przejęła się tym co się ze mną dzieje, a ja pozwoliłam jej zadzwonić do mojej terapeutki. Tylko ta pani, jako jedyna osoba w szkole, widziała moje blizny na ręce i to dzięki temu, że skontaktowała się z panią Sylwią teraz tu jestem. To one przekonały mnie, że muszę powiedzieć mamie, że cały czas się tnę i tak też wtedy zrobiłam.

Od 30 października 2017 roku miałam przerwę w okaleczaniu, która trwała ponad 3 tygodnie. Moja pani psychoterapeutka powiedziała mi, ze powinnam iść do psychiatry, że to pomoże w walce z okaleczeniami. Do psychiatry poszłam w listopadzie i dostałam leki. Zaczęłam je przyjmować, ale źle na mnie wpłynęły, miałam dużo objawów niepożądanych. W grudniu znowu do pojechałam do lekarza i dostałam nowe leki, które biorę do tej pory.

Od 11 grudnia 2017 roku nie okaleczam się. Pomogło mi również to, że kolejna nauczycielka ze szkoły, która jest dla mnie autorytetem powiedziała do mnie na korytarzu Aniu ogarnij się, ale w dobry, życzliwy i pełen troski sposób Potrzebowałam wtedy takich słów. Minęło już dziesięć miesięcy, a kiedyś nie wyobrażałam sobie nawet tygodnia bez żyletki.

W całej walce z samookaleczaniem dużą rolę odegrała moja psychoterapeutka, która zauważyła u mnie jeszcze drugą chorobę, do której długo nie chciałam się przyznać. Trudno mi zaakceptować fakt, że gdyby nie przypadkowy SMS,  zaufanie do pani od angielskiego, rozpoczęcie terapii u pani Sylwii nie wiem, co byłoby teraz ze mną…

Okaleczanie było błędem, nie rozwiązywało moich problemów, a tylko niszczyło moją psychikę i ciało. Wiem też, że bez pomocy psychiatry, nauczycielek w szkole i psychoterapeutki sama nie poradziłabym sobie z tym problemem.

Ania lat 19